Wyspa muzeów
Małgorzata Kanikuła

 

wyspa muzeów jest nie tylko w Berlinie, mam na myśli wyspę rozrzuconych skarbów, w każdym miejscu i czasie; muzeów realnych, wystaw już rozmontowanych, o których teraz już tylko czytamy relacje. Wpływających na modę, zmieniających style w sztuce. I w życiu? Nie wszystkim się w tej mierze powiodło, nieraz pomawiano je o szaleństwo lub może nawet płonęły. Nie o czarownicach mowa; już ktoś raczył żartować, i to ja, że auto da fé to posttrydencki performance; aliści nie ma w tym racji; w sztuce, nawet jeśli się coś dzieje naprawdę, ma jakiś sens. I ten blask przywołujący raj tu na ziemi, którego najwyraźniej brakowało w smutnych pałacach i zamkach, odtworzono na wystawie sreber augsburskich (MNK 2004). Ciemność, wykwintna linia i światło. Nastrój to przyprawa, która jest wszędzie i cuda tworzy, gdy ktoś jej, zwłaszcza z polotem, użyje. A nastrój igrzysk - ognie, które gasną w mroku. O, zaginione utopie wrażeń, nawet nie Muzea Wyobraźni, utopie zaistniałe na krótko, prawie tu i teraz, a także daleko, dawno, dawno temu.

Wspominam tu również „domową atmosferę” na różne sposoby realizowaną w muzeach i na wystawach, pamiętając, że „domowatmosfera” to projekt trwający cały czas, zaskakujący, wielogłosowy, absolutnie czuły na wszelkie przejawy życia (pisarze na miarę Cervantesa i Dostojewskiego tworzą takie narracje; tutaj całą publiczność nakłoniono do zdumiewania i wzruszania innych, i można to robić nadal, teraz! Tymczasem dom może oznaczać rzeczy na pozór nieoczekiwane, zwłaszcza jego brak, a nawet kryptę, która okazuje się metodą. Czy wyspa nie jest procedurą przybliżania się wprawdzie tylko, różnymi sposobami, wszystkich, którzy to uznali za najważniejsze, do tego, do czego tęsknotę mamy zakodowaną od milionów lat. Słyszymy ją mimo zgiełku.

„Polaków portret własny” MNK Kraków 1979 – ta wystawa zmieniła wszystko – brak miejsca, by rozwinąć ten temat, opisać, jak przebiegało odkrywanie naszego portretu. Jak zobaczyć samych siebie? Na końcu korowodu postaci (obrazy w tamtych czasach wisiały jeszcze na ścianach, a jednak...) zawieszono lustro. Stopniowo spoglądano tu bardziej otwarcie na malarstwo i poezję (jednocześnie!), a rozszerzoną źrenicą (tak!) na malarzy współczesnych i dawnych.

Wystawa, będąc prawdą, może być skończoną doskonałością, czego nie można powiedzieć o historii, która się właśnie dzieje, a ciężkie czasy wolności doprowadzają do żałosnych wniosków; jakże przydatna jest świadomość, że czarno-białe są tylko fotografie, i to nie zawsze. Trochę Borgesa tym razem, proszę! (pamiętliwy Funes). Wystawa „Boys, Boys” w Bunkrze Sztuki 2005, może jest trochę o czym innym, a może mnie się wszystko poplątało, ale widzę to wszystko naraz (przekleństwo pamięci, która widzi wszystkie plany, dalsze i bliższe, z jednakową ostrością, jak oko planktonu, jak camera obscura), wystawa, która spełniła moje oczekiwania, by w końcu obudzić to drzemiące gdzieś w środku: poczucie humoru oswajające lęk, autoironię współczesnych mistrzów (nie odmawiajmy im tego starożytnego miana), myśl Gombrowicza, coś wręcz rodem z Mrożka, odmienne stany percepcji (a również lęki) Witkacego (na ich temat nie było mowy, jednak na widok łóżeczka: hołd dla ojców awangardy, przypomniała mi się rycerska mało praktyczna kołyska, dumny wydumany projekt ukochanego wieszcza Wyspiańskiego; tak, ojcami wszystko chrzęści), czy rentgenowskie spojrzenie odważnej artystki poprzez maski, nawet jeśli maską jest pięść.

„Rewolucja surrealistów” Centrum Pompidou, Paryż 2002 - ukazała, w oceanie innych skojarzeń, fenomen fotografii jako snu; przedstawienie świata, dokumentu, na który patrzysz jak na sen, bo jest nie do uwierzenia. To stąd w poezji epoki „szalonych lat”, nieświadomej jeszcze, że jest „międzywojenną”, tyle się namnożyło erotyków z rzeźnią w tle. Oprócz podziwu dla specyfiki fotografii, czymkolwiek by była: reportażem, dziełem sztuki, wizjami w gorączce, w ażurowych labiryntach wystawy, pozwalających dostrzec w innych (pomyłkowo) dzieło sztuki, ostrzyła się intuicja, podsuwająca myśl, że wszystko jest możliwe, idea nie do wytępienia nawet po opuszczeniu owej wytwórni kolorowych i in. skojarzeń. I to z wszelkimi konsekwencjami. Atmosferę domu zaś zapewniał rosły, autentyczny, chociaż wypchany, mrówkojad, umieszczony dla niepoznaki w kredensie. O tym, że to drapieżnik, mało kto wie. Nieznany jest również fakt, że wdzięczne przewodniczki oprowadzały po wystawie w sukniach, którym przenikliwa, bunuelowska siła jakby odjęła lwią część pleców. Intrygujący krój harmonizował z całością „Rewolucji”, wystawy, jak wynikało z późniejszych rozmów, dziwnie spokojnej, natrętnie śmiesznej, jak śniący się nam sen. Czy dziś już nic nas nie jest w stanie przerazić? Nic! Przy tak szczęśliwie ułożonym menu, również literackim, pewnych krain, sam dzwięk niektórych slów, jak współczesne, choć brzęczące rycerską mediewalną zbroją, Chardonnay – a może to być prawie wszystko: miejscowość, winnica do zwiedzania, gatunek winogron, wino, posiadłość, dach nad głową, miejsce wakacyjnej pracy, szalona i piękna idea przeszczepienia tego specjalu – myśl o tym, co było, co jest (dobre, mam nadzieję), i co być może!

Nie zapomnę wystawy „Ziemianie polscy. Karty z albumu” (MHF, marzec - kwiecień 1996). Oryginalne fotografie ze zbiorów rodzinnych wypożyczone, znakomity obraz życia. Atlantyda. Inna planeta. Współcześnie odnajduję niekiedy te nastroje; czasem tylko słowa. Ocalone piękne przedmioty używane są czasem, z braku kontekstu lub pojęcia, do zupełnie innych celów. Przeze mnie zresztą też, piszę te słowa na alabastrowym blacie wcale nie biurka: swego czasu gotowalnia ta mogła być świetną kryjówką na tajne pisma. Mylą mi się już czasem całe generacje. I w pewnym sensie nic się nie powtarza. Warto przypominać te światy, właśnie: cywilizacje (stosowne, bądź co bądź, określenie), rekonstruować, co tylko jest dobrego, „.i utrwalić to, i rozprzestrzenić”, powiedział to Marco P., a raczej Italo Calvino. Fragment wprawdzie dotyczył piekła żywych, ale przecież życie najczęściej jest tylko życiem. Po zadumie nad meandrami historii 1861 1914 1920 1945 (to nie numer telefonu) wspomnę teraz choćby werandę podczas podwieczorku, filiżankę kawy, Marię Komierowską hołubiącą osiołka Felisia, pchającego się na kolana, zwyczajem takich stworzeń (1927, majątek St. Dzieduszyckiego, Sokołów koło Stryja. Nr. Kat. 208, wł. pryw., patrz: katalog wystawy).

Aurę niewyrażalną wytworzyła muzyka Debussy'ego, Satiego, Ravela (słyszycie ją?...), dobrana przez autorkę wystawy „Krakowianie. Portret fotograficzny do 1939 roku”, MHF Kraków 1999/2000. Oglądając pokaz multimedialny portretów krakowian i widoków miasta (a to: Klein, Krieger), słuchałam niebiańskich dźwięków i myślałam coś (z pewnością bezwiednie). Claude Debussy, zainspirowany muzyką z Jawy, z którą po raz pierwszy się spotkał na Wystawie Powszechnej (Paryż 1889). Z jaką uciechą oglądam teraz zdjęcie egzotycznego pawilonu ekspozycyjnego w naszym albumie; nabrało teraz nowego sensu! Skąd przybywamy? Na Wystawie Powszechnej w 1900 rozbrzmiewały już dzieła Debussy'ego, geniusza z przedmieścia, a wtedy jeszcze nawet nie zakończył swego „Morza”. A „Morze bawi się jak dziecko, jest jak dziewczynka...” powiada kompozytor. Sahara była morzem, bardzo je przypomina. Po co jechać? W tej sekundzie przywołasz zdjęcia. Tylko nie będzie na nich tych jasnych muszli, które tam leżą wśród piasku. A już na pewno w sklepikach z souvenirami. Te domniemane naszyjniki to różaniec, prawie taki sam, w trochę innym kształcie, w innym kręgu, ale akurat na tym samym świecie, stosowany w czasie modlitwy w islamie.

Na fotografii ze wspomnianego albumu ujrzałam powstające dopiero, najeżone rusztowaniami podczas rekonstrukcji w latach 60.-80. XIX w., tęgie zamczysko w Pierrefonds, sięgające dziejami swymi XIV w. (Ludwik Orleański). Jako piękną ruinę nabył je w 1813 Napoleon I, w 1857 Viollet-le-Duc zabrał się do dzieła na zlecenie Napoleona III. Do 1884 trwały prace, w wyniku których odbudowano rezydencję rodziny cesarskiej, na naszym zdjęciu stan na oko z lat 70. XIX w. „Byłam tam...” Nie w takim sensie, jak gen. Patton, tez marzyciel, wszakże. To zdjęcie miało siłę sprawczą; przybyłam po przygodę ze średniowieczem, której tak żądny był francuski architekt. Zamek lśni pełnym blaskiem, trudno go spatynować do dziś, ale wnętrza projektu Viollet-le-Duca to istny sen z romansu rycerskiego, refren z dawnych pieśni miłosnych. Zrealizowane (to byłby chyba jedyny zarzut) kolorowe (szafir, złoto, czerwień) wizje. Myślimy o wiekach średnich, analizujemy dziewiętnastowieczne upodobania, zwiedzamy W archiwum zamku przechowuje się fotografie, dokumentujace etapy budowy, od drogi prowadzącej do pokrytej gruzem i kamieniami polany wśród drzew (1857), po baszty i krenelaże, z rusztowaniami (1884), w niektórych przypadkach sygnowane: „ND”: firma dzialająca przez długie lata, w Paryżu i w licznych filiach, wydająca pocztówki i dostarczająca materiału do opracowań krajoznawczych. Nasza fotografia nadal cieszy się swą tajemniczością gabinet cesarza, z obawą podchodzimy do instalacji z pompką, puff...puff... otóż napis głosi, że można zakosztować osobiście (doświadczyć? wywęszyć?) woni cygar, wód kolońskich, starych ksiąg, którymi otaczał się cesarz. Było... oryginalnie. Bawialnia cesarzowej, pokój dziecinny (migdały, limonki) były zabawne w tak nieoczekiwanie bliskim kontakcie. Przypomniał mi się zapach hiszpańskich szkolnych podręczników (są bowiem kraje, gdzie perfumuje się książki, by dzieci, zwane zresztą na wyrost „studentami”, chciały je czytać, z czego zresztą i tak niewiele wynika). I te fiołki wszędzie! Wszystkiemu winna ta rewolucja! Złośliwy mój uśmiech wypełzł dopiero, gdy wyobraziłam sobie magiczną pompkę na naszym galicyjskim gruncie, debatowanie, co mianowicie winniśmy wdychać. „Noc muzeów” umożliwia trochę zabawy. „O, zamki, o, sezony!” , tyle Rimbaud.

Sezon?... Ha! Zamek Ujazdowski! „Polka. Medium, Cień, Wyobrażenie” (CSW, Warszawa, maj – lipiec 2005). Dziękuję za ten projekt naukowo-artystyczny, żyje teraz w wyobraźni! Pięć pór roku (bo, jak wszystko, to było też o Czasie), w tym ich aspekty zabawne i te najtrudniejsze: Ciało, Dom, Miejsce, Wiara, Wojna; mogłam się przeglądać w jeziorach pełnych obrazów rusałek, świętych i buntowniczek, w płodnych płaszczyznach multiplikujących całe moje życie, całą przeszłość, z wizerunkami do czytania i tekstami do oglądania (bo się też komponowały te cyfrowe palimpsesty). Wszystko mi się w straszliwą rymowaną baśń układa, życie po prostu. Wycinki z gazet, niby tout simplement ! Byłam leżącą martwą aktorką Wisnowską, samą, z garstką ciemnych czereśni (fot. Maurycy Pusch, czy to on te czereśnie?...) Wchłania nas, za naszym przyzwoleniem, to, co podobne, a morze tego było. Mnóstwo (trafionych) męskich cytatów o fotografii, o kulturze. Oraz kilka (b. nie trafionych, jak się okazało, zwłaszcza podczas wojny) męskich pomysłów na stworzenie idealnego społeczeństwa. Były poruszane kwestie teorii znaków, wszak bohaterka sama w sobie jest znakiem, sposobów interpretacji, czy obraz odbity w lustrze też jest znakiem (zdanie Eco się samo zwielokrotniło i nie daje nam spokoju, ale popatrzcie na pewien pejzaż Muncha, odbicie odbicia-znaku, wykrzyknik-spójnik; oba niezmiernie kopulatywne, lub na wszelkie zdjęcia z cieniem; niezwykle wymowne), zagadnienia oryginału i reprodukcji, (tu wprost brak godnego przymiotnika!) prezentacja, wsparta konkretnymi historycznymi informacjami, albumu rodziny Jaroszyńskich, albumu jako fenomenu: obrazy „ruchome” Laptop mianowicie; choć nie nowość, umieszczony wsród reprodukcji kart tego samego formatu; wszystko żyje! Kamień niewzruszony, stary papier, reprodukcja reprodukcji, ruchomy obraz – żyje, o ile myślisz i nieruchome; sprawa pojmowania całości kultury, nadawania nowej głębi historii przy lekkim przesunięciu punktu widzenia (nie mogło nam tego podsunąć oglądane kiedykolwiek zdjęcie stereoskopowe? literatura i przeżycie mogą uzmysłowić więcej? może działają razem, gdy już szczęśliwie ktoś je połączy, te szkiełka i te emocje). Np. przy (a raczej na) fotografiach sanitariuszek słowa Ricoeura o pamięci gromadzącej „rzeczywiste i symboliczne rany”; obejmującej wszystko?. Odnaleziono topos: lud jako początek wszystkiego, pojmowany ongi jako „niewinność, czystość, przejrzystość” (Maria Janion), by przyłożyć go na dawne romantyczne i nowe postmodernistyczne rany, jak wszelkie mitologie. O, wielkie Mity, nie do przykładania gdzie bądź, ale tu przeanalizowano myślenie stereotypami, zdemaskowano (cóż to da, o, Ludzkości!) mechanizm przylepiania plastrów, etykietek, i co z tego wynika. Były prace artystyczne, instalacje, wizerunki kobiet Anny Baumgart, nie odmówię sobie przyjemności zamieszczenia tytułu: „Bombowniczka”! Zuzanna Janin, przezroczyste „Maski” jedynie z pudru!

Nie widziałam Berlina ani Wyspy Muzeów, o, znam morza, 1. ocean, liczne plaże tudzież jakieś 3. półwyspy, lecz o wyspach, o wyspach mianowicie, czytałam gdzieniegdzie; na własne oczy widziałam Małpią Wyspę (jez. Rożnowskie), i to z daleka, lecz jest zbyt mała, a zadanie zbyt trudne: postawić na niej muzeum wakacyjnych głodów naszej młodości (kryzys był wtedy), przyjaciele. „ Głody, paście się. Głody, w koło po dźwięków łące! ” (A.Rimbaud, tł. A. Międzyrzecki). I dalej, całe te „Iluminacje”!

Głód wspominania, opowiadania, oczekiwania, apetyt na to, co będzie. Do ucha mi sączy swe słowa, coś o tym, że tylko z zamków na lodzie (na wodzie? na piasku!) powstają najpiękniejsze pałace, nikt inny, jak „zwany dalej” zapewne przez bezdusznych urzędników, Wilde Oskar.