
Istota
drzewa
Małgorzata Kanikuła
Madame Savary w Allevard, podpisano atramentem na karcie albumu (w drugim albumie jest podpisany pod zdjęciem portret młodej kobiety przed domem niejakiego dra Niepce’a). Madame Savary c’est ne pas moi (Flaubert), madame Savary to nie don Kichot (Ortega y Gasset), madame Savary to nie madame Bovary. A może źle odczytaliśmy nazwisko? I po co to wszystko? A co jest? Dom, wiejski, tam w tle, z ogrodem, a może parkiem, w Allevard, Allevard to miejscowość uzdrowiskowa i istnieje naprawdę (na północ od Grenoble; a kurort Aix-les-Bains na pn-zach też jest blisko; w tym samym albumie są zdjęcia, może ktoś odwiedził Allevard przejazdem, fotografując miasta). Gdyby nie pani Savary, nie wpadłabym na to, ani na informacje o współczesnej fotografce, reporterce, feministce - Janine Niepce, z burgundzkiej rodziny hodowców winnej latorośli, spokrewnionej zresztą z wielkim twórcą fotografii. Janine Niepce wykonywała niezwykłe zdjęcia reporterskie, jak fotografię przedstawiającą nieśmiałego, starego kelnera we wnętrzu prowincjonalnej kawiarni, o ile można sobie to w ogóle wyobrazić, z lat 50. XX w. Zanim się poświęciła fotografii, nastąpiła potworna katastrofa: młody syn tej kobiety zginął na wycieczce w górach. Sama powróciła do życia dzięki fotografii. Warto pokazać jej zdjęcia. Ale dom – też niepewny tu na zdjęciu. Za plecami kobiety jakby się przemieszczał z prawej w lewo w jakiejś cieczy wzorem kiczowatych pamiątek kurortowych, nie w długopisie, to w jakimś innym wytworze ludzkiej pomysłowości. Chciałoby się napisać, jak należy, kobieta w średnim wieku, siedzi w ogrodzie, przy drzewie, w ciemnej sukni, wciętej, wycinanej, ciemna grzywka, włosy spięte, oczy, duże oczy zwracają się jakby, z pewnością przypadkowo, z obawą, z niepokojem, w stronę (domniemanego?) domu. Plamy słońca w trawie, prześwietlone słońcem gałązki i liście. Piękna poza, jakiś smutek, obecność dwuznacznego, żywotnego, leczniczego, duszącego bluszczu, normalna jest w tej ciepłej okolicy skłonność bluszczu do plenienia się wszędzie, w lasach, na trawnikach. Skłonność gładkiego bluszczu do uchylania drzwi ciała jest czystym nadużyciem, tak jak cytowanie Rilkego gdzie popadnie. Patrząc na bluszcz i tak myślimy sobie wiele. I o kobietach (w tamtej epoce). Obecność drzewa – ujęcie środkowej części solidnego pnia, kolumny, pięknego listowia – mówi o życiu portretowanej. Tak hipotetycznie, może coś w tym jest. Ja lubię skłębione korzenie; albo samą koronę drzewa. To coś znaczy. Nic więcej nie powiem. Na fotografii jest jakby jedna idea kobiecości, domu, natury, ale kobiety są jakby dwie. Tylko tyle? Kobieta jest dojrzała i młoda w tym spojrzeniu, można sobie ją wyobrazić w domu – i w kabarecie, zadowoloną, i nie. Bo jak nie – to powieść prawie gotowa. A kto wspominał o tych szczęśliwych kobietach, jeśli takie kiedykolwiek były? Może one same pisały, o tych drugich, w nich, albo i obok. Wtedy robiły trochę tak, żeby rozpowszechnić pogłoskę, niepopularną w salonach, mianowicie, że życie jest kabaretem, nawet jak siedzisz w ogrodzie, jest takim drzewem, pod jakim się upozujesz, takim kadrem, na ile pozwoli ta chwila, ta ręka |